Tekst - oznacza myśli
~~~~~~~~~~~~~~
- Kocham Cię – powiedział Lizi
- Ja ciebie też. Ale mam nadzieję że nie masz już dzisiaj żadnych
planów na dzisiaj, bo zabieram cię na koncert Death Hunter’s
- Se-serioo!? Ale bilet zostały wyprzedane w godzinę.
- Dla ciebie wszystko, kochanie.
- Jeeej! Dziękuję.
Jaki on ma piękny
uśmiech kiedy jest tak naprawdę szczęśliwy.
- Mam dla ciebie jeszcze jedna niespodziankę, ale to już po
koncercie. – szepnąłem mu na ucho, przy okazji przygryzając płatek – Idź się
szykować.
- Za ile wychodzimy?
- Za dwie godziny.
- To ja lecę się przygotować!
- Tylko seksownie.
- Jak sobie życzysz.
Ja poszedłem do swojej garderoby, wybrać odpowiednie
ubrania. Wybrałem czarne podkreślające moje długie nogi spodnie. Koszulkę z
logiem zespołu – nieludzka twarz potwora podobnego do Seedeather’a oraz krwawy
napis Death Hunter’s. Wszystko dopasowała naćwiekowana ramoneska i obowiązkowo –
glany.
Mogłem sobie na to wszystko pozwolić, ponieważ mama miała
duże udziały w Apple, a tata prowadził firmę związaną z wydobyciem i sprzedażą
ropy. Moi rodzice wiedzieli że jestem gajem i że mam chłopaka, ale jeszcze go nie
poznali. Ale już niedługo. Wkrótce są moje urodziny i wtedy go poznają. Mam
tylko nadzieję ze go zaakceptują.
Ale dość rozmyślań, czas wychodzić.
- Jesteś gotowy? – krzyknąłem do Liziego
- Tak, już idę! – usłyszałem głos dobiegający ze schodów.
Gdy schodził ujrzałem demona o anielskiej twarzy.
Jego smukłe nogi ozdabiały przylegające rurki z dziurami na
udach, butelkowa koszulę miał włożona w spodnie, a na nią narzucona ramoneska.
Jego cudowną buźkę okalały rozpuszczone włosy, ukazując piękno jego oczu.
- Halo, ziemia do Andy’ego. – mój kochany pomachał mi ręką
przed twarzą
- Przepraszam, ale trudno jest odwrócić wzrok od piękna w
najczystrzej postaci.
Lizi nic nie odpowiedział, tylko się zarumienił i pociągnął
mnie w stronę mojego wiśnowo-czarnego Pagani Huayra.
Zazwyczaj nie lubię popisywać się moim stanem majątkowym,
ale czasami mnie poniesie, jeśli chodzi o samochody i motory…
Na autostradzie ścigaliśmy się z moim przyjacielem Carlem –
okazało się że również jedzie na ten koncert.
~~~~~~~~~~
Kiedy weszliśmy do klubu uderzyła nas fala głośnej muzyki i
zapach przesycony podnieceniem i potem. W tłumie zobaczyłem kolorową grzywę przyjaciela.
Pociągnąłem Liziego do Carla. Mój chłopak jeszcze go nie znał, ale powinni się
polubić. Raczej…
- Cześć, Andy! Co u ciebie?
- Carl, wszystko dobrze…
- A co to za loszkę sobie przygruchałeś?
- Właśnie chciałem ci przedstawić mojego partnera Liziego –
ale mi chamsko przerwałeś. Pozwolisz więc, że pójdziemy już pod scenę.
Niestety przez rozmowę nie
spojrzałem ani razu na moje kochanie. I to był wielki błąd. Nigdzie nie było chłopaka.
Zaniepokojony zacząłem rozglądać się za
nim, bo sens krzyczenia za nim, gdy muzyka prawie wszystko zagłuszała, był
odwrotnie proporcjonalny do głośności w pomieszczeniu.
W czasie kiedy Andrew szukał chłopaka, Lizi popadł w
malutkie kłopoty.
( Takim cudeńkiem jeździ Andy, tylko bardziej wiśniowym)
